Przesądy żeglarskie…

Podróż przez bezkresny ocean na pokładzie niewielkiego w porównaniu z nim statku wymagała od zawsze wiele odwagi i hartu ducha. W trakcie długich podróży morskich próbowano na wiele sposobów wyjaśniać sobie różne zjawiska, powstało też wiele zwyczajów, mających zapewnić powodzenie rejsu. Wierzono również w określone złe omeny, których należało za wszelką cenę unikać. Niektóre z tych przesądów przetrwały do dzisiaj.

Pechowy piątek.

Przesądni żeglarze do dziś unikają wychodzenia w morze w piątek, a armatorzy wybierają inne dni na wodowanie jednostek. Zwyczaj ten zapoczątkowali żeglarze Wschodu, dla których piątek był dniem praktyk religijnych. Przesąd rozprzestrzenił się na całą Europę i miał bardzo poważne konsekwencje – jeżeli statek rozpoczął podróż w piątek, a na morzu przydarzyła się nawet niewielka awaria, załoga nie próbowała go ratować, zdając się na los. Wcześniej piątek był uważany za szczęśliwy, ponieważ właśnie tego dnia Kolumb wyruszył w swoją podróż do Ameryki, która jak wiadomo zakończyła się olbrzymim sukcesem.

Złe znaki.

W dawnych czasach marynarze uważali, że wszelkie rzeczy kudłate (np. futra) przynoszą na statku pecha, w przeciwieństwie do piór, które z kolei zapewniają opiekę losu. Być może dlatego wielu żeglarzy miało papugi. Uważano również, że pozostawienie pokryw lukowych w pozycji odwróconej ściąga nieszczęście na statek. Zły omen stanowiło też trącanie się kubkami lub kieliszkami, które miało zwiastować dzwony pogrzebowe. Złym znakiem dla żeglarzy było też pojawienie się na masztach ogni św. Elma, które oznaczały, że na statku przebywa przestępca.

Klabaternik – duch statku.

Wyobrażano go sobie jako małego człowieka w kapeluszu z szerokim rondem i latarenką w ręce. Klabaternik pojawiał się, kiedy statek był w niebezpieczeństwie, wdrapywał się na maszt i pozostawał tam tak długo, jak długo istniała nadzieja ratunku. Jeśli karzeł znikał, był to niechybny znak, że statek zatonie. Duch utrudniał też życie leniwym i brudnym marynarzom – tłukł ich drewnianym młotkiem, podstawiał nogę, kopał i wyrzucał za burtę posiłek.

Kobieta na statku.

Kobiety na statku przynosiły pecha. Wiąże się to z faktem, że żeglarze personifikowali okręt jako kobietę (do dziś w języku angielskim mówi się o statkach “she” – “ona”). Marynarze uważali, że statek mógłby być zazdrosny o inną kobietę na pokładzie i zemścić się na nich.

Przywoływanie wiatru.

Gwizdanie, zdaniem przesądnych, wywołuje wiatr. Już Wikingowie wierzyli, że ich gwizdy usłyszy bóg wiatru Thor i odpowie im napełniającym żagle oddechem. Była to zatem czynność surowo zakazana w czasie sztormu, choć pożądana gdy na morzu panowała cisza. W czasie ciszy na morzu marynarze przybijali również płetwę rybią do bukszprytu lub przeklinali, aby w ten sposób obudzić św. Antoniego i sprowokować go do wywołania wiatru. Uważano również, że dobre wiatry gwarantuje podrapanie paznokciami podstawy masztów przez kobietę (według niektórych wersji musi to być dziewica). Inne popularne niegdyś zwyczaje to wbijanie noża w maszt rękojeścią skierowanego w stronę, z której powinien nadejść podmuch lub wyrzucanie za burtę starych butów kapitana.
link: https://www.tawernaskipperow.pl/czytelnia/ciekawostki/jak-przywolac-wiatr-i-inne-przesady-zeglarskie/648.