Tato, nienawidzę Cię…

Długo na niego czekałam, niemal całe życie… Jeszcze kilka lat temu byłam skłonna wybaczyć ojcu ból, który mi zadał. Ale dziś już nie. Już za późno!
toto Tato, nienawidzę Cię...
Nienawidzę mojego ojca. Nienawidzę go tak bardzo, że nawet teraz, kiedy złożyła go ciężka choroba, nie potrafię o nim myśleć bez goryczy i złości. Czy czegoś mnie w życiu nauczył, coś pokazał, wyjaśnił? Czy był przy mnie, kiedy spadałam z roweru, ucząc się na nim jeździć? Był ze mnie dumny, gdy wygrałam olimpiadę matematyczną i pocieszał, gdy moje serce pękało z żalu po pierwszym zawodzie miłosnym? Jeśli mogę powiedzieć, że coś mu zawdzięczam, to tylko długie lata wypełnione czekaniem na chwilę, w której przypomni sobie o moim istnieniu. Właściwie minęło na nim całe moje dzieciństwo…

Ojciec zostawił nas tuż po moich trzecich urodzinach, kiedy moja młodsza siostra Ania dopiero co nauczyła się siadać, a mama wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim. Kiedy pewnego popołudnia wstawiła obiad i czekając, aż ojciec w drodze do domu odbierze mnie z przedszkola, zaczęła sortować pranie, ze zdziwieniem stwierdziła, że z półek, szafek i szuflad zniknęły wszystkie jego rzeczy. Chociaż do tej pory żadnym słowem ani gestem nie zdradził, że coś takiego chodzi mu po głowie, tamtego dnia po prostu się wyprowadził i ani jego rodzina, ani znajomi czy koledzy z pracy nie wiedzieli, dokąd poszedł i co porabia. Przez trzy dni nie dawał znaku życia. Czwartego zadzwonił, informując sucho, że postanowił odejść, bo żyjąc z nami, czuł, że się dusi. Obiecał płacić mamie comiesięczną sumkę na nasze utrzymanie, ale ona zdjęta honorem, a może zranioną miłością, odmówiła, z impetem rzuciła słuchawką i nigdy więcej nie próbowała się z nim skontaktować. On też nie szukał kontaktu z nami i zniknął z naszego życia raz na zawsze.

Oczywiście wiem to wszystko z rodzinnych opowieści, bo byłam za mała, by cokolwiek zapamiętać. Czasami przechodząc obok kiosku z tytoniem – ojciec popalał fajkę – wydawało mi się, że czuję jego zapach, ale ani jego sylwetki, ani twarzy nie mogłam sobie przypomnieć. Po raz pierwszy zobaczyłam go dopiero, kiedy sama już miałam dzieci; porządkowałam wówczas mieszkanie po śmierci babci i w tekturowym pudle ukrytym pod szafą znalazłam plik starych fotografii zrobionych tuż przed urodzeniem mojej siostry. Mężczyzna uwieczniony na wyblakłych zdjęciach miał szeroki uśmiech, czule obejmował małą dziewczynkę i z miłością spoglądał na kobietę w zaawansowanej ciąży. Nie trzeba było znajomości psychologii, żeby patrząc na to zdjęcie, stwierdzić, że był w niej szaleńczo zakochany. Jeśli coś tu nie gra, to tylko nostalgia na twarzy mojej mamy. Czyżby jednak coś ukrywała i już wtedy się domyślała, że ojciec tylko udaje i planuje nas opuścić?

Mama jest bardzo dzielną kobietą. Chociaż dostała od życia cios, który złamałby niejednego siłacza, twardo szła przed siebie, walcząc o szczęście. Rok po zniknięciu ojca przedstawiła nam miłego pana, który po kolejnych kilku miesiącach uroczyście włożył na jej palec obrączkę. Wujek Stasiek szybko stał się częścią naszej rodziny, a Anulka, która właśnie zaczynała mówić, naturalnie nazwała go „tatą”. To właśnie on uczył mnie jeździć na rowerze, przytulał po niepowodzeniach, cieszył się z sukcesów i nazywał „swoim słoneczkiem”, tak jak powinien to robić ojciec. Ale choć robił wszystko, by mi go zastąpić, ja w skrytości ducha marzyłam, że mój prawdziwy tato o mnie pamięta i pewnego dnia skruszony stanie w drzwiach i przeprosi za te wszystkie lata. Czekałam w każde urodziny, imieniny i święta, zawsze pierwsza odbierałam telefon i biegłam jak szalona do drzwi na dźwięk każdego dzwonka.

Przed piętnastymi urodzinami zdesperowana poprosiłam mamę, żeby podała mu przez dawną szwagierkę zaproszenie na moje przyjęcie. Ale koperta wróciła po tygodniu nieotwarta. Mama, która nigdy nie pozwoliła powiedzieć o ojcu złego słowa, wtedy też przytuliła mnie mocno i szeptała do ucha czułe słowa. A ja uznałam, że czas wreszcie wydorośleć i przestać pamiętać o kimś, kto o mnie zapomniał już dawno. Tamtego dnia wykreśliłam ojca ze swojego życia…

Jak więc on teraz śmiał, skąd w ogóle przyszło mu do głowy, że ma prawo, by przez tę samą ciotkę, przez którą niegdyś oddał mi nieotwartą kopertę z zaproszeniem na urodziny, przekazać, że jest umierający? Przypomnieć mi o bólu czekania na nowo, kiedy już się z niego wyleczyłam? Ale ja – czy mam prawo pozbawić go przed śmiercią jednego spotkania z córką?
O niczym bardziej nie marzę niż o tym, by wyznać córce prawdę – dlaczego kiedyś, z dnia na dzień, porzuciłem rodzinę, choć tak bardzo ją przecież kochałem!
Kocham moją córkę. Kocham ją tak bardzo, że zgodziłem się o niej zapomnieć. Nawet teraz, kiedy złożony ciężką chorobą spędzam w zgryzocie ostatnie dni mojego życia, zastanawiam się, czy mam prawo choć raz ją zobaczyć. Nie chcę, by choćby przez chwilę znowu przeze mnie cierpiała. Czy byłem przy niej, kiedy przejęta i dumna występowała w pierwszych przedszkolnych jasełkach albo uczyłem w lesie rozpoznawać grzyby? Czy pocieszałem, gdy było jej smutno, i cieszyłem się z nią, kiedy była szczęśliwa? Jeśli mogę powiedzieć, że coś dla niej zrobiłem, to tylko usunięcie się w cień i niezakłócanie jej nowego życia. Z tego powodu w samotności spędziłem swoje…

Zdecydowałem się odejść od żony i dziewczynek jeszcze przed urodzinami Ani, ale dla zachowania pozorów spędziliśmy razem jeszcze kilka miesięcy. Były to najtrudniejsze miesiące w moim życiu: kobieta, z którą je dzieliłem, nie czuła do mnie nic, a każdy kolejny dzień zbliżał do utraty tego, co w nim najcenniejsze. Choć to właśnie miłość do córki sprawiła, że podjąłem taką a nie inną decyzję. Odszedłem od żony i pozwoliłem wykreślić się na zawsze z rodziny, bo zrozumiałem, że tylko w ten sposób będzie szczęśliwa.

Tak naprawdę Halina nigdy mnie nie kochała, a na oświadczyny odpowiedziała „tak” tylko dlatego, że zbliżała się do wieku, w którym kobiety panicznie obawiały się staropanieństwa. Ja zresztą wtedy też nie wiedziałem, czym jest szaleńcze uczucie, ale ponieważ brałem życie na poważnie, postanowiłem zapewnić żonie szacunek, opiekę i zaufanie, uznając, że miłość z czasem przyjdzie sama. Jednak myliłem się: ona nie przyszła, tylko wybuchła jak bomba w dniu, w którym urodziła się nasza córeczka Małgosia. Kiedy po raz pierwszy spojrzałem na tę kruchą istotkę, zrozumiałem, że celem mojego życia jest zapewnienie jej szczęścia i nawet gdyby jedynym sposobem na to była moja śmierć, to z radością za nią umrę. Wówczas nie przypuszczałem, że przyjdzie mi się zmierzyć ze znacznie większym poświęceniem.

Przez pierwsze dwa lata nasze życie toczyło się dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłem. Patrzyłem w oczy Haliny i utwierdzałem się w przekonaniu, iż miałem rację, myśląc, że jeśli małżonkowie się szanują i o siebie dbają, miłość przyjdzie sama. Kiedy okazało się, że za błyszczącymi oczami mojej żony stoi druga ciąża uznałem, że dostałem od życia więcej, niż kiedykolwiek marzyłem. Pamiętam tą radosną, wiosenną niedzielę, gdy zabrałem moje obie kobietki na lody – świetnie się razem bawiliśmy i dopiero na zdjęciach, które zrobił nam przypadkowy fotograf, zobaczyłem, że Halina błądzi gdzieś nieobecnym wzrokiem. Nie przejmowałem się jednak zbytnio, składając to na karb ciąży. Dlatego to, co wyznała mi dwa tygodnie później, było dla mnie jak uderzenie obuchem. Powiedziała mi, że maleństwo, które nosi pod sercem, nie jest moim dzieckiem, a jego ojca – jak na ironię losu – poznała na naszym weselu (po ślubie, na który się zgodziła, myśląc, że w jej życiu nic już się nie wydarzy). Wielkie nieba! Na naszym weselu! Zamarłem, myśląc, kto w takim razie jest ojcem Małgosi, ale Halina zaręczyła, że to moje dziecko.

Choć od tamtego dnia minęło ponad 40 lat, wciąż pamiętam każde wypowiedziane wtedy słowo. Halina, szlochając, zapewniała, że długo broniła się przed tym uczuciem, ale ono było ponad nią. Wie, że mnie krzywdzi i nigdy sobie tego nie wybaczy, ale błaga, żebym nie odbierał jej Małgosi. Że też coś takiego przyszło jej do głowy! Jak mógłbym którąś z nich tak skrzywdzić – każde dziecko przecież potrzebuje matki, a żadnej matce nie można zabrać dziecka. Po nieprzespanej nocy zrozumiałem, co muszę zrobić: ponieważ Halina nigdy nie będzie ze mną szczęśliwa, a Małgosia nie będzie szczęśliwa bez matki, dla dobra ich obu zniknę z ich życia. Trzeba to zrobić tak, aby nasza córka nigdy się nie domyśliła prawdziwych powodów i, zapomniawszy o „wyrodnym” ojcu, wiodła nowe życie u boku mamy, siostry i nowego taty. Stworzyliśmy opowieść o ojcu, który nagle spakował manatki i zniknął. Dobrze nam poszło, bo Małgosia uwierzyła.

Co miesiąc wpłacałem Halinie pieniądze na Małgosię, a ona przysyłała mi jej zdjęcia. Czasem mówiła mi, gdzie mogę ją zobaczyć „na żywo”: zasłonięty gazetą siadałem na ławce w parku i patrzyłem, jak Małgosia przekomarza się z „wujkiem Staśkiem” albo bawi z siostrą. Raz się prawie złamałem i przywiozłem jej prezent, ale gdy zobaczyłem, jak radośnie zachowuje się w towarzystwie bliskich, postanowiłem tego nie psuć. Rok później to córcia zaprosiła mnie na swoje urodziny, ale ustaliliśmy z Haliną, że lepiej nie wprowadzać chaosu w jej uporządkowane życie. Boże, jaki ja wtedy byłem szczęśliwy, że moje dziecko wciąż o mnie pamięta!

Wiem o córce wszystko. Widziałem na zdjęciach jej męża, moją wnusię. Małgosia jednak nie wie o mnie nic. Przed śmiercią mam tylko jedno marzenie: chciałbym ją serdecznie uściskać. Moja siostra wspomniała jej nawet mimochodem przy jakiejś okazji, że choruję, ale nie odważyłem się tak wprost poprosić, by mnie odwiedziła. Czy zrozumiałaby, że wszystko, co zrobiłem, zrobiłem z miłości dla niej? I czy mam prawo po tylu latach burzyć jej życie?
www.polki.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*